Inkluz – 40 lat historii

Opowiada Marcin Pal, właściciel zakładu.

Na początku była pasja
Wszystko zaczęło się od umiejętności i wiedzy mojego ojca Mariana Pala. Uczył się w Technikum Mechaniki Precyzyjnej. Praca z dokładnymi urządzeniami, wiercenie, toczenie, skrawanie – od zawsze były jego konikiem. Druga jego pasja to turystyka. Piesze wędrówki, przyroda, kamienie, to co go otaczało fascynowało mojego ojca.
Po technikum przyszedł czas na pracę – na kolei jako tokarz. Dzięki temu miał dostęp do różnych narzędzi.
Po jednej z wycieczek w Bieszczady pojawił się pomysł, żeby wyszlifować kamień, który sam wykopał (kilofem) – razem ze znajomymi. Próbował szlifować na wiele różnych sposobów, w końcu – metodą prób i błędów udało się osiągnąć zamierzony efekt.
Pomysł na jubilerstwo na poważnie zrodził się w latach ’70, około 1975 roku.
Początkowo praca polegała na wykonywaniu zleceń od znajomych, ktoś potrzebował oszlifowanego kamienia, naprawy biżuterii itd.
Niska pensja na kolei zmusiła do wzięcia jubilerstwa bardziej na serio. Pojawiły się giełdy minerałów, a dzięki nim można było podratować domowy budżet.

Pan Marian, to od niego zaczęła się historia Inkluzu. 

Ojciec nie ma głowy do takich rzeczy jak księgowość – Mówi Marcin Pal. Matka (Pani Wiesia) zajmuje się stanem magazynowym, pilnuje rachunków, taki dobry duch zakładu i kobieca ręka. Pomaga też każdemu dobrać odpowiednią biżuterię i bez trudu orientuje się w tym co jest na paletach z towarem – gdzie można co znaleźć. Gospodyni, księgowa, sprzedawca. Serdeczny człowiek, który wprowadza kobiecą rękę w męski świat, gdzie pracują sami faceci.

Własny warsztat, krok naprzód

Sytuacja zmieniła się dzięki spotkaniu na jednej z giełd minerałów Pana Zbyszka – który pracował w USA przez 10 lat. Wrócił do Polski (jeszcze za komuny), otworzył firmę i zaczął produkować biżuterię. Jego pomysł na biznes polegał na produkcji towaru według standardów amerykańskich – o najwyższej możliwej jakości. W Polsce produkty zbytku (żeby tylko zbytku…) były toporne, ten człowiek przywiózł ze sobą nowe, odświeżające trendy i pomysły. Zupełnie nowe podejście do tego oklepanego tematu.
Zapytał mojego ojca, czy może oszlifować biżuterię w taki sposób, żeby kamień nie odcinał się od złota, w którym był oprawiony. Tak, żeby wszystko było gładkie. Twardy kamień z miękkim złotem.
„Jeśli ludzie to robią – to jest możliwe” – pamiętam jak powtarzał mi to ojciec. Dzięki temu podejściu metodą prób i błędów, ucząc się nowych rzeczy i poszukując w literaturze fachowej (tak trudnej do zdobycia w czasach bez internetu, do tego w kraju komunistycznym) po kilku miesiącach opracował narzędzia do tego.
Udało się! Ruszyła praca, na początku polegała na szlifowaniu biżuterii w małym pokoju w mieszkaniu w bloku.

Marcin Pal – właściciel zakładu. Jubiler z doświadczeniem i świetny rzemieślnik. Przejął zakład po ojcu i dba o jego dalszy rozwój.

Znajomość z Chudym zaczęła się jeszcze w Żyrardowie – mówi Marcin. Chodziliśmy razem do tej samej szkoły sportowej, znamy się bardzo dobrze. Praca Piotra nie zaczęła się od złożenia CV. Któregoś dnia przyszedł w odwiedziny do zakładu – akurat wrócił z wyjazdu do Francji. Zapytał, czy jest coś do zrobienia i to był początek. Tak jak kiedyś mi ojciec, tak teraz ja – pokazałem najpierw proste rzeczy, wyjaśniłem co trzeba robić i jak. Następnego dnia „Chudy” przyszedł do zakładu, nie pytał o nic – tylko przyszedł pracować. Na początku umówił się, że wynagrodzenie za pracę dostanie dopiero jak to, co robi sprzeda się. Zgodził się. Jest niesamowicie precyzyjny i to, co robił zaczęło się sprzedawać. Został w zakładzie. Szybko nauczył się szlifowania i został specjalistą od tego. Nikt tak jak on nie zna się na technikach szlifu i to jemu powierzam najtrudniejsze zadania.

Zakład w prześwicie. Perłowa 4

Zleceń od Pana Zbyszka było coraz więcej. Na rodzinnej naradzie zapadła ostateczna decyzja – dosyć pracy w domu! Pora znaleźć nowe miejsce, każde będzie dobre. Było trudno. Udało się wynająć klitkę w prześwicie. Małą, ciasną, ale w końcu coś zaczęło się dziać!
Na początku były to tylko prace dla jednego klienta. Inni klienci, to byli znajomi, którzy potrzebowali pomocy z biżuterią. Wieść zaczęła się nieść i coraz częściej do drzwi pukali jubilerzy, którzy również potrzebowali fachowej pomocy.
Wtedy ojciec zaczął iść w kierunku jubilerstwa nie tylko szlifowania kamieni. To był dla niego – po raz kolejny – czas nauki nowych rzeczy związanych z obróbką metali, z metaloplastyką
Dla Zbyszka pracy było coraz mniej, bo on poszedł w innym kierunku, ale znajomość pozostała. Zakład zaczął zajmować się zleceniami dla klientów i dla jubilerów.
Po latach zakład przeniósł się na ulicę Turkusową 1A, gdzie jest do tej pory. Potrzeba było większego miejsca, gdzie zmieściliby się pracownicy i magazyn.
Cały czas mamy szczęście do ulic – zakład jubilerski najpierw był na Perłowej, teraz jest na Turkusowej.